Mysz nie pozwalała jej oddalać się z norki a dokoła rosło zboże takie gęste i wysokie, że dla Odrobinki stanowiło las prawdziwy, w którym nie widać jasnego słoneczka.Tęskniła więc do świata i do słońca.- Winszuję ci, moja droga – rzekła pewnego dnia stara mysz z zadowoleniem – kret oświadczył się o twoją rękę i będziesz panią co się zowie. Wielkie to szczęście dla takiej ubogiej dziewczyny! Trzeba tylko niezwłocznie zająć się wyprawą, bo wchodząc do takiego domu musisz mieć bieliznę i wszelkie ubranie.I zasiadła Odrobinka do jaskółki.Maleńki król przestraszył się wielkiego ptaka, lecz gdy ujrzał śliczną dziewczynkę, tak się ucieszył, że zapomniał zupełnie o strachu. Zdjął natychmiast z głowy złotą koronę, podał ją Odrobince i zapytał, czy chce być jego żoną, królową wszystkich kwiatów.To przecie co innego niż szkaradny syn ropuchy lub kret w aksamitnym futrze, a mysz polna przyjęła go bardzo uprzejmie.Był niezmiernie bogaty i bardzo uczony. Mieszkanie miał ogromne, dwadzieścia razy większe od norki myszy polnej, która miała tu, pod ziemią, swoją norkę. Ciepło tam było i bardzo wygodnie: obszerna izba, kuchnia i spiżarnia pełna zboża.Odrobinka śpiewała piosenkę o chrabąszczu, a potem o chłopczyku, co grał na fujarce, i kret się w niej zakochał. Nie mógł zapomnieć jej głosu i myśłał, jak by to było przyjemnie mieć żonę, która by mu tak śpiewała. Ale nic o tym wszystkim nie powiedział, gdyż był bardzo przezorny.Niedawno zbudował sobie właśnie nowy korytarz od swojego domu do mieszkania bogatej myszy polnej, gdybym ją tak porzuciła.- Więc bądź zdrowa, kochana, dobra Odrobinko! – zaszczebiotała wesoło jaskółka i przez słoneczny otwór wzleciała ku górze i zniknęła w ciepłym blasku.Dziewczynka została sama i długo patrzyła za nią ze łzami w oczach. Tak polubiła ptaszka!- Kiwit, kiwit! – zawołała.I stąd znamy całą historię.Prześlicznie było na wsi. Lato gorące, pogodne, żółte zboże na polach, owies jeszcze zielony, na łąkach stogi pachnącego siana. Bociany przechadzały się powoli na wysokich, czerwonych nogach, klekocąc po egipsku, bo takim językiem nauczyły się mówić od matek. Dokoła wielkie lasy, cieniste, szumiące, a w nich głębokie i ciche jeziora. Prześlicznie, cudownie było na wsi. Lato gorące, pogodne, żółte zboże na polach, owies jeszcze zielony, na łąkach stogi pachnącego siana. Bociany przechadzały się powoli na wysokich, czerwonych nogach, klekocąc po egipsku, bo takim językiem nauczyły się mówić od matek. Dokoła wielkie lasy, cieniste, szumiące, a w nich głębokie i ciche jeziora. Prześlicznie, cudownie było na wsi.Jasne słońce oświetlało stary dwór na pochyłości wzgórza, otoczony murem i szeroką wstęgą wolno płynącej wody. Z muru zwieszały się nad wodą, splecione z gałęziami. Eliza pożegnała staruszkę i poszła wzdłuż rzeki aż do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, podniósł nos w górę i odrzucił ziemię. Przez otwór, który powstał w ten sposób, wpadł blady promyk słońca i oświetlił leżącą na ziemi jaskółkę. Biedactwo przytuliło do boków skrzydełka, nóżki skurczyło i schowało w piórka, główkę przechyliło gdzieś na bok, że nawet widać jej prawie nie było, i leżało sztywne, bez życia. Widocznie mróz ją zabił.Odrobince okropnie żal się zrobiło ptaszyny. Wszystkie ptaszki lubiła bardzo za to, że w lecie tak ślicznie śpiewają. Ale kret był innego zdania.- Teraz już śpiewać nie będzie – rzekł trącając ją nogą pogardliwie. – Nędzna i straszna to rzecz urodzić się ptakiem. Dzięki Bogu, z moich dzieci żadne nim nie będzie. Cóż posiada takie stworzenie oprócz swego “kiwit! kiwit”? Przyjdzie zima i z głodu umiera.- Bardzo rozsądne słowa – potwierdziła mysz poważnie. – I cóż ptakowi z tego śpiewu i świergotu, kiedy nadejdze zima? Marznie i głód cierpi. To nic wesołego.Odrobinka klasnęła w dłonie.- Ach, to będzie prześlicznie!I wybrała wielki, biały kwiat, rosnący międzyodłamami skruszonej przez czas kolumny. Jaskółka podfrunęła i posadziła ją na błyszczącym, zielonym listku.Odrobinka klasnęła w dłonie.- Ach, to będzie prześlicznie!I wybrała wielki, biały kwiat, rosnący międzyodłamami skruszonej przez czas kolumny. Jaskółka podfrunęła i posadziła ją na błyszczącym, zielonym listku.Odrobinka nie wyrzekła ani słowa, ale kiedy się tamci odwrócili, pochyliła się nad jaskółką, odgarnęła piórka i ucałowała ją w zamknięte oczy.”Może to ona w lecie tak ślicznie śpiewają. Ale kret był innego zdania.- Teraz już śpiewać nie będzie – rzekł trącając ją nogą pogardliwie. – Nędzna i straszna to rzecz urodzić się ptakiem. Dzięki Bogu, z moich dzieci żadne nim nie będzie. Cóż posiada takie stworzenie oprócz swego “kiwit! kiwit”? Przyjdzie zima i z głodu umiera.- Bardzo rozsądne słowa – potwierdziła mysz poważnie. – I cóż ptakowi z tego śpiewu i świergotu, kiedy nadejdze zima? Marznie i głód cierpi. To nic wesołego.Odrobinka klasnęła w dłonie.- Ach, to będzie prześlicznie!I wybrała wielki, biały kwiat, rosnący międzyodłamami skruszonej przez czas kolumny. Jaskółka podfrunęła i posadziła ją na błyszczącym, zielonym listku.Odrobinka stanęła we drzwiach i cieniutkim głosikiem poprosia o ziarnko żyta lub jęczmienia, gdyż od dwóch dni nic nie jadła.- Biedne stworzenie – rzekła myszka litościwie. – Chodźże do ciepłej izby, zjemy razem podwieczorek.Maleńka dziewczynka podobała się jej bardzo, toteż powiedziała do niej przed wieczorem :- Możesz zostać u mnie przez zimę, tylko musisz mi za to utrzymywać porządek i czystość w mieszkaniu, a w chwilach wolnych opowiadać ciekawe historie, które niezmiernie lubię.Odrobinka klasnęła w dłonie.- Ach, to będzie prześlicznie!I wybrała wielki, biały kwiat, rosnący międzyodłamami skruszonej przez czas kolumny. Jaskółka podfrunęła i posadziła ją na błyszczącym, zielonym listku.Odrobinka śpiewała piosenkę o chrabąszczu, a potem o chłopczyku, co grał na fujarce, i kret się w niej zakochał. Nie mógł zapomnieć jej głosu i myśłał, jak by to było przyjemnie mieć żonę, która by mu tak śpiewała. Ale nic o tym wszystkim nie powiedział, gdyż był bardzo przezorny.Niedawno zbudował sobie właśnie nowy korytarz od swojego domu do mieszkania bogatej myszy polnej, i mógł mówić o wszystkim. Nie lubił tylko słońca i kwiatów, których nie widział nigdy. Złe też miał o nich zdanie.Odrobinka drżała ze wzruszenia i ze strachu. Co ona pocznie teraz z takim wielkim ptakiem? Jak mu poradzi? A ratować go trzeba! Nabrała jednak odwagi.- Co tylko mogę, zrobię dla niej – rzekła. – Podzielę się pomiędzy ich obu, nie mogę wyrzec się tak zupełnie kupca ze względu na kaszę.Było to całkiem ludzkie uczucie. My wszyscy chodzimy przecież do kupca – po kaszęubiła bardzo za to, że w lecie tak ślicznie śpiewała nad moim listkiem koniczyny? – pomyślała sobie w duszy. – Tyle jej zawdzięczam przyjemności! Biedna, biedna ptaszyna!”Kret tymczasem zatkał otwór ziemią i odprowadził damy do mieszkania.Ale w nocy Odrobinka nie mogła zasnąć. Ciągle myślała o nieżywym ptaszku. Wydawało jej się, że łabędzie silniej uderzają skrzydłami. Ach, to ona była winna temu, że nie mogli dość prędko posuwać się naprzód; gdy słońce zajdzie, przemienią się w ludzi, spadną do morza i utoną! Wówczas zaczęła się modlić z głębi serca do Boga, ale wciąż jeszcze nie widział tak pięknej dziewczyny – jakże się tu dostałaś, ty cudne dziecko? – zapytał. Eliza potrząsnęła głową, nie mogła przecież mówić, chodziło o życie i o wyzwolenie jej braci; schowała pod fartuchem ręce, aby nie widział, ile wycierpiała.- Chodź ze mną! – powiedział. – Nie możesz tu zostać. Jeżeli jesteś tak dobra jak piękna, ubiorę cię w aksamity i jedwabie, a na głowę ci włożę złotą koronę; będziesz mieszkała i rządziła w moim najwspanialszym zamku! – I potem wziął ją na konia, Eliza płakała i łamała ręce, ale król powiedział:- Pragnę tylko twego szczęścia! Kiedyś podziękujesz mi za to!I pojechał przez góry, trzymając ją na koniu przed sobą, a myśliwi pędzili za nim.Kiedy zaszło słońce, przyjechali do wspaniałego królewskiego dziecka od niej.Kiedy się znowu ubrała i zaplotła długie warkocze, podeszła do bijącego źródła, napiła się z dłoni i powędrowała w głąb lasu, nie wiedząc, dokąd idzie. Myślała o braciach i myślała o Panu Bogu, który jej na pewno nie opuści. On to sprawił, że w lesie rosły dzikie jabłka, aby nasycić głodnych. On to pokazał jej drzewo, którego gałęzie uginały się pod ciężarem owoców: zatrzymała się, aby się posilić, podłożyła podpórki pod gałęzie i weszła w najmroczniejszą głębinę lasu. Było tam tak cicho, że słyszała swoje własne kroki, słyszaa szelest każdego suchego listka, który kruszyła stopami, nawet żadnego ptaka nie było widać, ani jeden promieńsłoneczny nie przedostawał się przez wielkie, gęste gałęzie drzew; wysokie pnie stały tak blisko jeden drugiego, że gdy patrzała prosto przed siebie, wydawało się jej, że otacza ją płot z belek. Ach, jakaż tu panowała pustka i głusza, nigdy jeszcze czas nie mijał jej tak prędko. Jedna koszulka pancerna, wszystko to zabrał jeden ze strzelców jako coś niezwykłego.- Tutaj możesz marzyć o twoim dawnym mieszkaniu! – powiedział – i zjadł ją – NIAM!Drzewa wokół melodyjnie szumiały i Mały Zielony Samochodzik ostrożnie i powolutku pochylił się nad nią. Uważnie jej się przyglądał. Sprawiała wrażenie jakby, śnił jej się jakiś wyjątkowo miły sen, bo słodziutko się uśmiechała… Niespodzianie otworzyła szeroko oczy i – Aaaaa! -wrzasnęła przerażona. Po czym jednym susem wskoczyła do strumyka. Fontanna zimnej, źródlanej wody ochlapała małe autko. Brrry! – otrząsnął się Samochodzik – Ale mnie przestraszyła! Ciekawe, które z nas bardziej się zlękło? …- pomślał i pojechał dalej.Mijał wysokie trawy, strzeliste drzewa i rozłożyste paprocie. Wdychał głęboko świeże, leśne powietrze i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jeeeechał ! Aż poczuł się zmęczony. I postanowił wracać do domu. Przystanął na chwilkę na małej, leśnej polance, przywitał się z kolczastym jeżem i zawrócił.Wracając opłukał sobie koła w znajomym strumyku, uśmiechnął się do dębu i siedzącej na nim wiewiórki i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jeeeechał ! Aż dotarł do domu, pachnącego pyszną kolacją, którą ze smakiem zjadł – NIAM!Ewunia — to była Ewunia, czasem duża, czasem maleńka.Nie można być jednocześnie i dużą i maleńką, powiecie. Owszem, można. Gdy babcia potrzebowała czegoś w sklepie, mówiła:— Pobiegnij Ewuniu, jesteś już dużą dziewczynką. Natomiast gdy tego samego wieczoru Ewunia miała zamiarpójść razem z rodzicami do teatru, natychmiast zbiegały się dzieci i prosiły, by im coś narysowała. Babcia nakreśliła koło, dorysowała do tego dwoje odstających uszu, rozczochraną czuprynę, małe oczka jak dwa guziki, uśmiechniętą buzię od ucha do ucha — i wszystkie dzieci od azu poznały — to Michaś.— Czy twoja babcia tak umie? — zapytała Ewunia Michasia.— A czy twoja umie włazić na drzewa? — nie dawał za wygraną Michaś. — Albo prowadzić trolejbus?— Ależ twoja też nie umie.— No i co z tego?Wtem na podwórko weszła pani listonoszka. Wyjęła z torby gruby list i podała Ewuni.— Jesteś już duża, pójdź i oddaj babci! Ale uważaj, żebyś go nie zgubiła — powiedziała.Babcia otrzymywała listy z wielu krajów z całego świata, lecz takiego ładnego znaczka nie było jeszcze na żadnym z nich — dwie żyrafy wyciągające długie szyje wprost do nieba, a w głębi pokryty śniegiem szczyt górski.— Tanzania — sylabizował Michaś.Babcia włożyła okulary, rozcięła kopertę i zaczęła półgłosem czytać. Ewunia z Michasiem słuchali i nic nie rozumieli. Babcia mruczała pod nosem okropnie długo.— Ja przez ten czas mógłbym przeczytać cala książkę, albo i kilka — szepnął Michaś Ewuni na ucho.Wreszcie babcia odłożyła list i dopiero wtedy dostrzegła dwie pary oczu, zwrócone ku niej z niemym pytaniem.— Przyjaciele przysłali mi zaproszenie — powiedziała babcia — do kraju żyraf i słoni.— Musisz jechać — zadecydowała Ewunia.— Rada bym pojechać, ale gdzie ciebie zostawię? — zastanawiała się babcia.— U nas — zaproponował Michaś.— Z miłą chęcią, będę doglądała twoje kanarki, karmiła rybki, podlewała kaktusy, ale mieć jeszcze drugiego dragona w domu? — dziękuję pięknie, starczy mi jednego — odrzekła babcia Michasia.Dragon — to słowo nie mogło znaczyć nic dobrego. Ewuni podstępiły łzy do gardła. Czuła, że zaraz, ale to zaraz się rozpłacze, a wtedy Michaś znów zarechocze. Rozpaczliwie tłumiła płacz i łykała łzy.Babcia popatrzyła na wnuczkę i twarz jej rozjaśnił dobrotliwy uśmiech:— Co ma być, to będzie, pojedziemy obie do kraju słoni i żyraf.Michaś i pozostałe dzieci snuły się dokoła z nosami spuszczonymi na kwintę, zzieleniałe z zazdrości.— Nie smućcie się — pocieszała je Ewunia. — Gdy wrócim wszystko wam dokładnie opowiemy i narysujemy.O, jak wspaniałe jest życie!Rozpostarł skrzydła, któr zaszumiały głośno, podniósł do góry szyję wdzięcznym ruchem i z głębi serca do Boga, ale wciąż jeszcze nie widziała skały. Czarna chmura zbliżała się, silne podmuchy zwiastowały burzę, chmury wyglądały jak błyszczące diamenty, a wszyscy, którzy widzieli ten przepych, zazdrościli królowej. Wkrótce skończyła robotę, brak było tylko jednej koszulki, ale nie miała już więcej włókien, ani jednej pokrzywy. Jeszcze jeden raz, ostatni raz, musiała pójść na cmentarz, by uzbierać parę pełnych garści. Myślała z lękiem o samotnejwędrówce i o strasznych zmorach, ale jej wola była tak stanowcza jak ufność w Bogu.Eliza poszła, ale król i arcybiskup szli za nią, widzieli, że zniknęła za furtką prowadzącą na cmentarz, a kiedy zbliżyli się do furtki, ujrzeli czarownice siedzące na kamieniach, takjak je ujrzała Eliza; król odwrócił się, gdyż wśród nich wyobraził sobie, że widzi tę, której głowa spoczywała jeszcze tego wieczora na jego piersi.- Lud niech ją sądzi! – powiedział, i lud ją osądził: “Niech ją czerwony ogień pochłonie!”Ze wspaniałych królewskich sal wyprowadzono Elizę do ciemnej, wilgotnej nory, gdzie wiatr dął przez zakratowane okienko, zamiast aksamitów i jedwabi dali jej wiązkę pokrzyw, które zebrała; na nich miała złożyć głowę; twarde, palące koszulki uplecione przez nią miały jej służyć za pierzynę i kołdrę, ale wyrządzono jej tym przysługę, mogła bowiem dalej pracować modląc się gorąco. Na ulicy ulicznicy śpiewali wyszydzające ją piosenki, żywa dusza nie pocieszyła jej ani jednym dobrym słowem.Pod wieczór zaszumiały skrzydła łabędzie pod więziennym okienkiem: był to najmłodszy brat zaczął płakać, a tam gdzie łza jego padła, znikały palące pęcherze i Eliza nie czuła bólu.Noc spędziła na robocie, bo wiedziała, że jest niewinna, i pracowała dalej.Małe myszki przebiegając po podłodze przyciągały jej pod nogi włókna pokrzywy, aby jej choć trochę pomóc, a przed zakratowanym okienkiem usiadł drozd i przez całą noc śpiewał najweselej, jak umiał, aby Eliza nie traciła otuchy.Jeszcze brzask nie wstał, dopiero za godzinę miało wzejść słońce, kiedy jedenastu braci. Pełna smutku, wymknęła się na korytarz i okryła nim jaskółkę. Przyniosła potem suchych kwiatów, miękkich niby wata, otuliła ptaszynę, jak mogła najlepiej, i przykryła ją liściem miętowym, który jej samej dotąd służył za kołderkę.W nocy Odrobinka nie mogła zasnąć. Ciągle myślała o nieżywym ptaszku. Wydawało jej się, że jest mu zimno. Podniosła się na koniec, uplotła cichutko ciepły dywanik z siana, wymknęła się na korytarz i okryła nim jaskółkę. Przyniosła potem suchych kwiatów, miękkich niby wata, otuliła ptaszynę, jak mogła najlepiej, i przykryła ją liściem miętowym, który jej samej dotąd służył za kołderkę.W nocy Odrobinka spała wybornie, a w dzień bawiła się na stole. Kobieta postawiła na nm talerz z wodą, otoczony wiankiem kwiatów, których łodyżki były zanurzone w wodzie. Listek tulipana zastępował łódkę, dwa pręciki kwiatowe stanowiły wiosła i Odrobinka pływała sobie po talerzu od jednego brzegu do drugiego. Ślicznie to wyglądało!Umiała też śpiewać, a tak ładnie, że nie można tego opisać.Jednego razu w nocy, kiedy Odrobinka spała spokojnie w kołysce na stole, przez wybitą szybę wskoczyła do pokoju ropucha. Szkaradne to było stworzenie: ciężkie, grube, mokre – i bardzo ciekawe.Zaraz spostrzegła Odrobinkę, śpiącą pod różanym płatkiem.- Hm, hm! – mruknęła. – Piękna byłaby z niej żona dla mojego synka!I razem z kołyską zabrała, dziecinę, wyskoczyła do ogrodu i zaniosła ją do swego mieszkania. Uciekniemy daleko, za góry, za morza, gdzie słońce jaśniej i cieplej świeci, gdzie kwitną cudne kwiaty. Leć ze mną. Tyś mi ocaliła życie, gdy leżałam zziębnięta w ciemnym lochu, ja chciałabym ciebie ocalić od kreta.- Dobrze, polecę z tobą – rzekła Odrobinka.- Jesteś tego warta, bo jesteś dobra, śliczne dziecię, inaczej nie pokochałby cię ten wielki ptak i nie przyniósł aż tu na skrzydłach. Kto umiał zdobyć przyjaźń jaskółki, ten godzien zostać królową elfów.Cóż to było za szczęście! Ze wszystkich kwiatów wyfruwały lekkie, przejrzyste duchy, pojedynczo lub parami, i spieszyły złożyć królowej życzenia i cudne dary. Najbardziej ucieszyła ją jednak para przezroczystych skrzydeł wielkiej muchy. Zaraz je przywiązano do ramion dzieweczki i mogła, jak inne elfy, przelatywać z kwiatka na kwiatek. Cieszyła się tym niezmiernie.A jaskółka usiadła w swoim gniazdeczku i śpiewała jej cudne piosenki.Lecz przyszedł na nią czas odlotu.- Bądź szczęśliwa! Bądź zdrowa! – powtarzała smutnie, wybierając się w daleką podróż.I przyleciała z powrotem do Danii, do swego gniazdka nad oknem człowieka, który wam opowiedział tę bajeczkę.- Kiwit, kiwit! – rozległo się nad jej główką.Podniosła oczy: jaskółka krążyła tuż nad nią.Ucieszyła się bardzo spostrzegłszy dziewczynkę i natychmiast usiadła przy niej. A Odrobinka zaczęła jej mówić, że ma zostać żoną szkardnego kreta i mieszkać odtąd głęboko pod ziemią i nie zobaczy już nigdy słońca, bo kret go znieść nie może. Biedna dziecina pochyliła główkę i wyszła raz ostatni pożegnać świat boży.- Żegnaj mi, słonko złote! – zawołała i wyciągnęła rączki. – Żegnaj, słonko miłe!Z jednej strony światło dziwnie przeglądało przez las żółtych słomek, więc poszła w tę stronę kilka kroków i ujrzała, że zboże tu już zżęto i krótkie źdźbła tylko wyglądały z ziemi. Ale słońce przyświecało za to bez przeszkody i widać było wszystko dokoła.- Żegnaj mi, żegnaj, słonko! – powtarzała.Objęła mały, czerwony kwiatuszek i szeptała ze łzami:- Pozdrów ode mnie jaskółkę. Może zobaczysz ją kiedy. Pożegnaj ją ode mnie,- Kiwit, kiwit! – zawołała.I stąd znamy całą historię.Prześlicznie było na wsi.Jasne słońce oświetlało stary dwór na pochyłości wzgórza, otoczony murem i szeroką wstęgą wolno płynącej wody. Z muru zwieszały się nad wodą, splecione z gałęziami. Eliza pożegnała staruszkę i poszła wzdłuż rzeki aż do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, podniósł nos w górę i odrzucił ziemię. Przez otwór, który powstał w ten sposób, wpadł blady promyk słońca i oświetlił leżącą na ziemi jaskółkę. Biedactwo przytuliło do boków skrzydełka, nóżki skurczyło i schowało w piórka, główkę przechyliło gdzieś na bok, że nawet widać jej prawie nie było, i leżało sztywne, bez życia. Widocznie mróz ją zabił.Odrobince okropnie żal się zrobiło ptaszyny. Wszystkie ptaszki lubiła bardzo za to, że w lecie tak ślicznie śpiewała nad moim listkiem koniczyny dla ochrony od deszczu. Żywiła się sokiem kwiatów, a piła rosę, która stała co rano na trawie, liściach i kwiatach.Tak upłynęło jej lato i jesień. Ale nadeszła zima, długa, mroźna zima. Wesołe ptaszki odleciały sobie do ciepłych krajów, zdarza się, iż niektóre słabsze lub zbyt młode nie mogą lecieć, sił nie mają. Zostają więc, ale zesztywniałe od chłodu padają na ziemię, potem śnieg je okrywa i umierają.Odrobinka płakała bardzo, że jest taka brzydka, że nawet chrabąszcz nie troszczył się o to. Posadził ją wysoko na wygodnym liściu, przyniósł jej miodu z kwiatów i powiedział, że jest bardzo, bardzo ładna, chociaż niepodobna wcale do chrabąszcza.Wkrótce zaczęły schodzić się inne chrabąszcze mieszkające w pobliżu, aby zobaczyć młodą narzeczoną, ale na widok prześlicznej dziewczynki tak im się jej żal zrobiło, że postanowiły ją obronić.- Nie bój się – powiedziały – nie dostanie cię brzydka ropucha.Zebrały się wszystkie razem.Naprawdę Odrobinka była bardzo ładna i taką się wydała chrabąszczowi, który porwał ją z listka i uniósł het, wysoko, na drzewo.Najbardziej żal jej było pięknego motyla, którego przywiązała do listeczka: jeśli się nie urwie, umrze chyba z głodu.Ale niedobry chrabąszcz nie troszczył się o to. Posadził ją wysoko na wygodnym liściu, przyniósł jej miodu z kwiatów i powiedział, że jest bardzo, bardzo ładna, chociaż niepodobna wcale do chrabąszcza.Wkrótce zaczęły schodzić się inne chrabąszcze mieszkające w pobliżu, aby zobaczyć Odrobinkę. Gospodarz sadzał gości na najpiękniejszy z nich był królem tej ziemi. Podszedł do Elizy, nigdy jeszcze czas nie mijał jej tak prędko. Jedna koszulka pancerna, wszystko to zabrał jeden ze strzelców jako coś niezwykłego.- Tutaj możesz marzyć o twoim dawnym mieszkaniu! – powiedział – i zjadł ją – NIAM!Słodziutki owoc wprawił go w dobry nastrój, więc, energicznie ruszył na przód. I jechał i jechał i jechał i jeeeechał ! To przyjechał. Do leśnego strumyka. W którym siedziała mała, zielona żabka. Wyglądało na to, że śpi. Mały Zielony Samochodzik postanowił wybrać się na wycieczkę do lasu.Jechał polną ścieżką pośród pól, wesoło się rozglądając. Wtem zauważył, że coś w oddali pięknie połyskuje na czerwono. Podekscytowany przyspieszył nieco. Smakowicie pachnąca malinka wisiała pomiędzy zielonymi listkami. Nie zastanawiając się długo Mały Zielony Samochodzik ostrożnie i powolutku pochylił się nad nią. Uważnie jej się przyglądał. Sprawiała wrażenie jakby, śnił jej się jakiś wyjątkowo miły sen, bo słodziutko się uśmiechała… Niespodzianie otworzyła szeroko oczy i – Aaaaa! -wrzasnęła przerażona. Po czym jednym susem wskoczyła do strumyka. Fontanna zimnej, źródlanej wody ochlapała małe autko. Brrry! – otrząsnął się Samochodzik – Ale mnie przestraszyły martwego ptaka, który leży na środku. Musiał niedawno umrzeć, bo jest jeszcze cały, z dziobem i z piórkami. I pochowano go w tym samym miejscu, gdzie kret przekopał swój korytarz.Zaraz nawet zapragnął pokazać to wszystko gościnnej gospodyni i miłej śpiewaczce Wziął więc w pyszczek kawałek spróchniałego drzewa i szedł naprzód, oświecając im posępną drogę.Kiedy doszli do miejsca, gdzie spała, leżała pokrzywa, tak jak ją widziała we śnie. Wtedy padła na kolana, dziękowała Bogu i wyszła z groty, aby rozpocząć pracę.Delikatnymi rękami brała wstrętne pokrzywy. Paliły jak ogień, wielkie pęcherze pokryły jej ręe i ramiona, ale znosiła wszystko chętnie, aby tylko wyzwolić braci. Każdą pokrzywę deptała bosymi nogami i plotła zielone włókna.Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, Eliza zobaczyła górzysty kraj zarysowujący się w powietrze.Kiedy ochłonął nieco, znów począł rozkoszować się pięknem otaczającej go przyrody. I gdy tak jechał i jechał i jechał i jechał i jechał i jeeeechał ! To przyjechał. Do leśnego strumyka. W którym siedziała mała, zielona żabka